A. Cole & C. Bunch        Sten

    . 20 .    

    Sten zamówił cztery kufle piwa i wyjął je z automatu. Postawił z brzękiem na stole, wypił jeden i sięgnął po następny, zanim dwóch innych rekrutów zdążyło się do nich dostać.

    - O czym myślisz, Wielki Szkoleniowy Kapralu Stenie? spytał Morghhan.

    - Jest dokładnie tak, jak na tym cholernym świecie, z którego pochodzę. Za każdym razem, kiedy cię awansują, musisz za to zapłacić. Jedyną różnicą jest to, że tutaj biorą pieniądze natychmiast, a nie później.

    - Wykazujesz złe nastawienie, chłopie - powiedział Morghhan wysączywszy piwo.

    Sten wlał jeszcze trochę do gardła i zastanowił się. Złe nastawienie? Niezupełnie. Nadal był całkiem szczęśliwy, pomimo największych wysiłków Lanzotty i spółki. Może i ugrzązł w Gwardii. Ale tylko na parę lat. I nic, co by zrobił, nie mogło przedłużyć tego kontraktu.

    Poza tym miał, jeśli nie przyjaciół, to przynajmniej ludzi, z którymi mógł usiąść i pogadać. Nawet mimo że przez większość czasu jedynie zastanawiali się, z jakiego to zbiornika na ścieki wypełzł Lanzotta, to w każdym razie nie czuł już samotności. Nowy język, którego tu używano, nie różnił się bardzo od żargonu Migów.

    Szybko odsunął myśli o Bet i zwrócił się do Morghhana, wychudłego rekruta, który był pewien, że nie da rady dotrwać do końca ostatnich tygodni ćwiczeń fizycznych na tej planecie o ciążeniu trzykrotnie przewyższającym ziemskie.

    - Masz cholerną rację, mówiąc o złym nastawieniu. Nie prosiłem o dodatkowe paski. Nie płacą mi lepiej dlatego, że muszę wam mówić, gnojki, kiedy mace się podcierać, prawda?

    - Gdybym był na twoim miejscu - powiedział miękko Bjhalstred - czułbym się zaszczycony. Dzięki temu widzisz, jak bardzo kadra troszczy się o ciebie, widzisz, że oni myślą, że będzie z ciebie prawdziwy, bohaterski gwardzista.

    Sten żachnął się na Bjhalstreda. Nie mógł rozgryźć tego chłopaka z rolniczego świata. Nikt nie może być aż tak durny. Chociaż, dlaczego nie? Właściwie nie miało to znaczenia. Sten wzruszył ramionami i wylał piwo Bjhalstreda na jego podołek. Ten wrzasnął i złapał się za krocze.

    - Podoficerowie nie mają pozwolenia na dyscyplinowanie rekrutów. Nie wypełniasz regulaminów? Chcesz wyjść na zewnątrz?

    Sten wstał.

    - Ty pierwszy.

    - Nie. Ty idź i zaczynaj beze mnie. Ja tymczasem zajmę się twoim piwem.

    - Skończcie z tym. Masz. Tu jest piwo Gregora. Wygląda na to, że nie ma zamiaru się pokazać - wtrącił się Morghhan.

    Osuszyli swoje kufle i Sten ze smutkiem wyciągnął następną garść kredytów.

    - Ja płacę, a kto inny fruwa.

    Bjhalstred skierował się w stronę maszyny.

    - Czy ty chociaż rozumiesz, dlaczego dali ci te dodatkowe paski? - spytał Morghhan.

    Sten pokręcił głową.

    - Na pewno nie czepiałem się Lanzotty. Może zdecydowali, że pozbyli się już tych słabszych i mają zamiar wreszcie zacząć uczyć nas żołnierki.

    - To nie pasuje.

    - Dlaczego nie? Spędziliśmy dziewięć tygodni tylko na ćwiczeniu mięśni, i jest nas mniej, o ilu?

    - Zostało siedemdziesięciu trzech. Ze stu.

    - I tak za dużo, jak powiedziała mi Carruthers. Szkolenie kończy tylko dziesięciu na całą kompanię. Powinno być już czterdzieści procent mniej. Podobno do tej pory traktowali nas zbyt łagodnie, a teraz dopiero się zacznie.

    - I co z tego? Tak czy tak dopadną cię, jeśli tylko zechcą.

    - Masz świętą rację - zgodził się Bjhalstred, wracając z następną kolejką. - A propos słonia, oto wielki Lord Gregor we własnej osobie.

    Gregor opadł na wolne siedzenie.

    - Wyglądasz, jakby ktoś przepuścił cię przez maszynkę do mięsa - powiedział Morghhan. - Kto ci to zrobił?

    - Byłem z Lanzottą.

    - Przez prawie godzinę? A nie widać śladów krwi.

    Gregor uśmiechnął się krzywo.

    - Ja ich nie mam. Ale Lanzotta będzie miał.

    Sten czekał.

    - Poszedłeś do niego?

    - Jakbyś zgadł. Powiedziałem mu, że wysyłam list do ojca.

    - Założę się, że to go ucieszyło - stwierdził poważnie Bjhalstred. - To bardzo ważne, aby młody rekrut kontaktował się d listownie ze swoją rodziną.

    - To było o tej cholernej sprawie tymczasowych stopni dla rekrutów.

    Sten popatrzył znad kufla na Gregora.

    - Nadal myślisz, że źle cię potraktowali, bo nie dali ci żadnego stopnia?

    - Jasne. Do diabła, zasługuję na przynajmniej taką szansę, jak wszyscy inni. Powiedzieli, że te paski są po to, aby wyłonić potencjalnych przywódców. Dlaczego nie ja?

    - Może zorientowali się, że jesteś tylko potencjalnym śmieciem? - powiedział Morghhan.

    - Przekonaj się sam - Gregor popatrzył spode łba.

    - Zamknijcie się obaj - wtrącił się Sten, zanim Morghhan zdążył wybuchnąć. - Siedzimy sobie tutaj, spokojnie pijemy piwo i oblewamy to, że mogliśmy wieczorem wyrwać się z koszar na dwie godziny i przepłukać gardła.

    - Kadra wystarczająco daje nam popalić, nie musimy wychodzić po to, żeby dokuczać sobie nawzajem - zgodził się Bjhalstred.

    Morghhan dodał do tego potężne beknięcie i poszedł po następne piwa.

    - Nie chcę się przechwalać - stwierdził Gregor. - Wiecie, że mój ojciec ma wpływy. Domagam się zwykłej sprawiedliwości. Powiem wam coś. Widzę, Sten, że dali ci tylko dwa paski. Ponieważ jedynie ja i ty w tej kompanii dysponujemy i odrobiną inteligencji...

    - Doceniam tę myśl - powiedział Bjhalstred. - Cieszę się, że takich dwóch admirałów floty jak wy zdecydowało się wypić piwo z takim starym wypierdkiem jak ja.

    - Nie o to mi chodzi - stwierdził Gregor z irytacją. Tylko Sten i ja jesteśmy świadomi tego, jak bardzo cała wojskowa kariera zależy od tego, co zdarzy się tutaj, podczas szkolenia.

    - Wojskowa kariera - stwierdził Morghhan, wróciwszy do stołu. - Fiu, fiu. Widzę, że zrobiło się tu poważnie.

    - Pozwól mu skończyć - uciął Sten.

    - Więc powiedziałem ojcu, żeby poszedł prosto na dwór Imperatora i dowiedział się, dlaczego Gwardia marnuje swój najlepszy potencjał i ma instruktorów, którzy nie mogą dostrzec nawet słonia, chociaż usiądzie im na nosie.

    - Daj spokój, Gregor. Wspomniałeś o paskach. Co to ma wspólnego?

    - Użyję ciebie jako przykładu. Masz tylko dwa paski. Powinieneś być co najmniej tymczasowym dowódcą plutonu. Albo i lepiej. Gdybym nie przechodził już wcześniej szkolenia, musiałbym przyznać, że jesteś prawie tak dobry jak ja.

    - Oho.

    - Więc mam zamiar wspomnieć o tobie w moim liście. To zrobi z tego większą sprawę i kiedy mój ojciec zatroszczy się o to wszystko, to ty też będziesz miał z tego korzyść.

    Sten zaczął coś mówić, po czym zdecydował się poświęcić parę sekund na odczepienie palców Morghhana od kufla i pochłonięcie jego zawartości. Potem odstawił kufel.

    - Nie wydaje mi się, żeby mi na tym zależało - powiedział na tyle cicho, na ile był w stanie. - Poradzę sobie na własną rękę, dzięki.

    - Ale...

    - Gregor. Pozwól, że użyję twoich własnych słów: koniec programu.

    Gregor popatrzył na Stena i kiwnął głową.

    - Jak sobie chcesz. Ale robisz błąd.

    - To mój błąd.

    Gregor wstał.

    - No cóż. Mam list do napisania.

    I poszedł.

    - Kapralu Rekrucie Sten?

    Sten odwrócił wzrok od drzwi i spojrzał na Bjhalstreda, który zerwał się wyprężony na baczność.

    - Pozwalam ci mówić, Rekrucie Bunghole Bjhalstred.

    - Proszę o wyjaśnienie sposobu postępowania. Koniec.

    - Uwaga. Wyjaśniam. Po pierwsze: może ktoś chce zostać tymczasowym generałem floty albo szambem Gwardii po trzydziestu latach szkolenia. Ja nie. Po drugie: zaraz zapadnę się w siebie. Halstead powiedział, że szkolenie zacznie się tak naprawdę od jutra rana i to jest więcej, niż mogę znieść nie mając kaca.

    Trzy kufle zadźwięczały melodyjnie.







   - No dobra - Carruthers powiedziała to niemal ludzkim głosem. - Niedługo dostaniecie do ręki coś, co jest najbardziej starannie skonstruowanym przyrządem do zabijania istoty znanej jako człowiek. Inżynierowie Imperium wymyślili to tak, że nawet takie ptasie móżdżki jak wy mogą się tym posługiwać. To prawie niewiarygodne. Potrzebuję jednego głupka na ochotnika. Ty. - Machnęła ręką na Stena. - Stawaj.

    Sten wysunął się z rzędu ławek, podszedł do niskiego podestu i czekał stojąc na baczność.

    Daleko, za plecami Carruthers, rozciągał się tysiącmetrowy obszar poligonu strzeleckiego, usiany drzewami i krzewami, z wąską tarczą na drugim końcu.

    Carruthers otworzyła pokrywę pulpitu wykładowcy i wyjęła karabin. Gładki czarny trójkąt tworzył rękojeść broni, a krótki odwrócony stożek kończył długą na siedemdziesiąt centymetrów lufę.

    Carruthers trzymała broń z szacunkiem.

    - Zapewne widzieliście to i trzymaliście podczas ćwiczeń w symulatorze. To jest karabin szturmowy Mark XI. Nazywamy go karabinem Willy'ego. Powiem wam o nim coś ciekawego. Został skonstruowany więcej niż tysiąc lat temu, na Ziemi, przez projektanta o nazwisku Robert Willy. To świetny model - mówiła dalej Carruthers. - Jedyny problem w tym, że lasery nie były zbyt dobre i nikt nie wiedział na pewno, jak sobie poradzić z antymaterią, co właśnie . czyni tę broń tak śmiertelną.

    Dotknęła przycisku i z kolby karabinu wyślizgnęła się długa tuba.

    - To jest amunicja. Antymateria Dwa, AM2, to samo, co stanowi źródło energii w statkach kosmicznych. Jedna tuba zawiera tysiąc czterysta ładunków. Nabój to jednomilimetrowa kulka AM2, umiejscowiona wewnątrz ekranu, który jest jedyną rzeczą powstrzymującą cały magazynek od eksplozji przy zetknięciu ze zwyczajną materią.

    Obliczyliśmy raz, jeśli was to ciekawi, że jedna taka tuba wystarczy, aby statek kosmiczny obleciał ten system dookoła przy pełnej mocy silników.

    Czy ciebie to nie interesuje, Bjhalstred?

    Bjhalstred podskoczył rozbudzony.

    - Nie śpisz podczas mojego wykładu, prawda?

    - NIE, PANI KAPRAL.

    - To dobrze. To bardzo dobrze. Ale proponuję, żebyś przyszedł tu do nas i przyjął pozycję do pompki, tylko po to, abyśmy wiedzieli, że nie czujesz senności.

    Idziemy dalej. Tysiąc czterysta ładunków. Gdyby Imperium sprzedawało tę broń na rynku, czego oczywiście nigdy nie uczyni, to jedna mała kulka AM2 kosztowałaby tyle co trzytygodniowy żołd gwardzisty. Widzicie, jakie Imperium jest dla was dobre?

    Carruthers czekała.

    - TAK JEST, PANI KAPRAL! - rozległ się krzyk.

    - Czyż nie jesteście zadowoleni, że przyszliście i zaciągnęliście się?

    - TAK JEST, PANI KAPRAL.

    - To ostatnie zabrzmiało trochę słabo - warknęła Carruthers. - Karabin szturmowy Mark XI. Macie dwa przyciski. Jeden to wybór trybu działania: zabezpieczenie - pojedynczy strzał - ogień ciągły, a ten drugi to spust. Macie jedną diodę, tutaj na kolbie, pokazującą stan naładowania baterii. Każda bateria daje laserowi energię około dziesięciu tysięcy ładunków, w zależności od ciśnienia atmosferycznego, jeśli jest, oraz innych warunków.

    Lasera używa się do odpalania cząsteczek. To oznacza, że jedynym celownikiem, jaki macie do dyspozycji, jest siatka nitek. Nie musicie zastanawiać się nad trajektorią, torem opadania pocisku czy jakimś innym drobiazgiem, ważnym przy broni konwencjonalnej.

    To właśnie jest tak wyjątkowe w tym karabinie. Jeśli możecie coś wskazać, to uderzycie w to.

    Demonstrator!

    Sten podszedł do platformy. Carruthers dała mu karabin. Trzymał go ze zdziwieniem. Lekki. Prawie zbyt lekki, jak zabawka. Carruthers uśmiechnęła się krzywo do niego.

    - To nie jest to, co mógłbyś dać swojemu małemu braciszkowi na Dni Imperium - stwierdziła, jakby czytając w jego myślach. Znowu otworzyła pulpit i wyjęła jakiś dosyć duży przedmiot opakowany w plastyk. Zeskoczyła z podestu i podeszła do niskiej tarczy. Rozpakowała paczkę.

    - Tutaj jest mięso - powiedziała. - To, co smakuje tak, jak niby mają smakować te śmiea z soi w stołówce. Ma prawie tę samą konsystencję co humanoid.

    Przymocowała ociekający krwią kawałek mięsa do tarczy i wróciła na podest.

    - Załatw ten śmiertelnie groźny befsztyk, rekrucie - powiedziała.

    Sten ostrożnie podniósł broń do ramienia i wymierzył przez celownik. Nacisnął spust. Nic się nie stało.

    - Może najpierw odbezpieczysz - warknęła Carruthers. Sten przesunął przełącznik nad spustem, wycelował ponownie i wypalił. Rozległ się cichy trzask jonizowanego powietrza.

    Otworzył szeroko oczy, a inni rekruci niemal uśpieni przez wykład podskoczyli obudzeni. Maleńka cząsteczka uderzyła w mięso. Wyglądało, jakby ten kawałek eksplodował, krew opryskała wszystko w promieniu kilku metrów.

    - Idź i przyjrzyj się temu uważnie, rekrucie - powiedziała Carruthers.

    Sten zeskoczył z platformy i podszedł do tarczy. Zostało tam tylko kilka strzępków mięsa. Sten popatrzył na opryskaną tablicę i grunt, potem wrócił do podwyższenia.

    - To pozwala wam zastanowić się nad tym - powiedziała Carruthers - w jak dobrym stanie będzie ten, kto znajdzie się na drodze tego ładunku. Odpowiedź brzmi - ciągnęła, podnosząc głos - że go po prostu już wcale nie będzie. Jeśli jednym z tych naboi traficie w jakiegoś humanoida albo coś zbliżonego, nieważne w co, to już jest martwy. Jeśli nawet ładunek nie zrobi dziury wystarczającej, aby wsadzić tam pięść, wstrząs dokończy dzieła.

    Carruthers stała przez chwilę cecho, pozwalając im oswoić się z tą myślą.

    - W PORZĄDKU, GNOJKI. WYSTARCZAJĄCO DŁUGO SIEDZIELIŚCIE SOBIE. TERAZ PODNIEŚCIE TYŁKI Z TYCH ŁAWEK I ZRÓBCIE PORZĄDNY SZYK. Mamy zamiar pozwolić wam dzisiaj na ustrzelenie kilku celów.

    Carruthers zaczekała, aż rekruci utworzyli szereg, potem dodała miękko.

    - Jak dotąd, mniej niż jedną trzecią z was, dupki, wysłaliśmy z powrotem do rodzinnych dołów na świeca. Teraz i tutaj pozbędziemy się jeszcze paru zgniłków.

    Spojrzała po nich z błyskiem w oczach.

    - Dzieci, nie ma żołnierza, który nie umie strzelać. Gdyby jakaś armia na to pozwoliła, nie przetrwałaby długo. A Gwardia trwa już od tysiąca lat. I teraz zaczniemy czystkę na dobre.

    - Albo zaliczycie ćwiczenia ze strzelania, albo wynocha. Proste jak drut. Jeśli osiągniecie więcej niż trzeba na samo zaliczenie, to będziecie mieli z tego korzyści. Większą płacę i więcej ćwiczeń. Ale najpierw musicie zdać. Ponieważ sama słyszałam, że mają powstawać nowe bataliony zaopatrzeniowe, to chcę osobiście przeprowadzić pierwszą fazę zaliczeń. Tak będzie najlepiej.

    Wzięła oddech.

    - A teraz zaczynamy. PIERWSZY SZEREG. DZIESIĘCIU WYSTĄP. JEDEN CZŁOWIEK NA STANOWISKO. BIEGIEM. RUSZAĆ SIĘ!







    Dziesięciu rekrutów, pomimo intensywnych wysiłków i usilnej pracy, nie zaliczyło. Następnego dnia ich prycze były złożone i puste.

    Sten nie potrafił zrozumieć, dlaczego dla niektórych jest to trudne. Carruthers miała rację. Wystarczyło wycelować karabin - i już. Trafione. Za każdym razem.

    Gdy kurs posługiwania się bronią skończył się, Sten został zakwalifikowany do następnego etapu: Strzelec Wyborowy. To dało mu dziesięć kredytów więcej w miesiącu, pierwszą belkę i więcej ćwiczeń.

    Carruthers zatrzymała się przy nim.

    - Wycelowałeś?

    Sten popatrzył przez celownik karabinu.

    - Tak jest, pani kapral. Carruthers dotknęła skrzynki kontrolnej obok niego. Cel przesunął się i zniknął z pola widzenia za odległym kamiennym murem.

    - Dobra. Teraz. Skup się na murze. Siatka nitek ucieka z celownika, co? Użyj pierwszego przełącznika na celowniku i przekręcaj go, dopóki nie ustalisz tego na miejscu.

    Sten postąpił zgodnie z poleceniem.

    - Masz już? Teraz użyj przełącznika poniżej celownika i przekręcaj, dopóki siatka nitek nie znajdzie się tam, gdzie twoim zdaniem jest cel, nawet jeśli go nie widzisz. Masz to? Strzelaj ogniem pojedynczym.

    Sten nacisnął spust.

    Jego snajperska broń z czterdziestego stulecia miała w zasadzie prostą konstrukcję. Nabojami były nadal ekranowane cząsteczki AM2, ale zamiast lasera jako źródła energii wyrzucającej pocisk zastosowano tu zmodyfikowany akcelerator liniowy owinięty dookoła lufy. Celownik służył do ustalenia dokładnej odległości od celu, a kiedy zasięg pokrywał się z niewidocznym przedmiotem ataku, akcelerator tak obracał cząsteczką, że mogła trafić nawet pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, jeśli to było konieczne.

    Broń, która potrafiła trafiać zza rogu i zabijać poprzez ściany.

    Sten usłyszał eksplozję i zobaczył, jak mur się wali.

    - Trafione.

    Carruthers trzepnęła go w plecy.

    - Wiesz co, rób tak dalej, a Pierwszy Gwardii może dostanie niezłego strzelca.

    I nie wiadomo dokładnie dlaczego Sten poczuł się bardzo z siebie dumny.







    Sten walnął pojemnikiem na śmieci o kontener, potem go postawił. Wystarczająco czysty. Wsunął rurę ultradźwiękowego odkurzacza na dno i nacisnął włącznik. Potem jeszcze kilka razy uderzył pojemnikiem o beton i zaniósł go z powrotem do stołówki. Większość czarnej roboty była wykonywana w Gwardii przez cywilów lub żołnierzy służby zasadniczej z batalionów zaopatrzeniowych. Poza naprawdę paskudnymi rzeczami. Gwardia rezerwowała je do wymierzania kar. To nie bardzo przeszkadzało Stenowi. I tak było lepiej niż w jakiejkolwiek pracy na Vulcanie.

    Poza tym nie wydawało mu się, aby mógł coś na to poradzić.

    Był zupełnie szczęśliwy, siedząc sobie na piasku i patrząc na Halsteada przybierającego różne postawy zgodnie z komendami Lanzotty.

    - Nie wytwarzamy techników - stwierdził Lanzotta. - Mówiłem wam już to przedtem. Wytwarzamy zabójców. Chcemy mieć ludzi, którzy pragną patrzeć, jak gałki oczne ich wrogów eksplodują w oczodołach, którzy pragną przekonać się, co się stanie, kiedy zanurzą zęby w czyimś gardle.

    Sten rozejrzał się po innych rekrutach. Większość z nich wyglądała na przerażonych. Sten zbladł. Pamiętał śmierć aż za dobrze. Dziękuję bardzo, sierżancie, pomyślał.

    - Potrzebujemy demonstratora.

    Cisza. Kompania zdążyła się już nauczyć, że pójście na ochotnika prędzej czy później załatwia człowieka. A potem ktoś powiedział:

    - Kapral Sten.

    Sten pomyślał, że to pewnie Gregor, ale nie martwił się. Czuł się prawie niewidzialny. Lanzotta kiwnął głową.

    - Sten. Wystąp.

    Sten mruknął, zerwał się na nogi i podbiegł.

    - Tak jest, panie kapralu.

    Halstead wykonał kilka szybkich ruchów. Silne, precyzyjne ciosy. Nieźle, pomyślał Sten. Ale coś kiepsko się osłania.

    - Rekrucie kapralu Sten. Ten człowiek jest twoim śmiertelnym nieprzyjacielem. Zadanie polega na zniszczeniu go!

    Sten podszedł powoli. Wyciągnął ręce w geście, który jego zdaniem wyglądał jak atak, i wyskoczył w powietrze. Przekręcił się w locie, stanął znowu na nogach i cofnął się lekko, gdy stopy dotknęły ziemi. Umyślnie runął do przodu, twarzą w piach.

    To powinno wystarczyć. I w tym momencie usłyszał, jak Lanzotta szepce:

    - To był tylko mały pokaz, rekrucie kapralu Sten. Wiesz doskonale, jak to zrobić lepiej. A teraz chcę, żebyś wstał, zanim twoi kumple zorientują się, co robisz, i zaatakował kaprala Halsteada.

    Sten nie ruszył się.

    - Albo trzy dni pracy przy śmieciach. Sten westchnął i wstał.

    Halstead ruszył, wyciągając ręce. Kiepsko. Sten skoczył i przekręcił się w locie, nogami złapał chwytem nożycowym biodra Halsteada.

    Kapral upadł. Sten chwycił go chwytem zapaśniczym i wykorzystując jego rozpęd przekręcił go na bok. Gdy Halstead obracał się, Sten podniósł go, ramieniem podtrzymując jego tors.

    Halstead pomknął w górę zakrzywionym lotem. Sten miał dosyć czasu na to, aby pomyśleć, co się z nim stanie, jeśli wyśle kadrę na orbitę, potem ruszył. Kapral opadł ciężko na grunt, usiłując wstać i Sten wymierzył mu dwa kopniaki prosto w żebra. Halstead pozostał na ziemi.

    Sten podniósł się i odwrócił.

    Rekruci siedzieli w pełnej podziwu i szacunku ciszy. Sten popatrzył na Lanzottę, który westchnął ciężko i obrócił kciuk. W dół.

    Sten podniósł czapkę i skierował się w stronę stołówki.

    I tak to wyglądało. Wykonałeś - źle, nie wykonałeś - też źle. Wziął następny pojemnik na śmieci i zaniósł go do stołówki.

    Sierżant zaopatrzeniowy uśmiechnął się, gdy Sten wszedł do małego biura.

    - Coś mi się zdaje, że cieszysz się z tego, że wracasz jutro na szkolenie, co?

    Sten pokręcił głową.

    - Wolisz być tutaj?

    - Nie, panie sierżancie.

    - No to w czym sprawa, rekrucie?

    - Jutro zaczynamy szkolenie z nożem, panie sierżancie.

    - I co z tego?

    Taa. I co z tego. Sten nagle zaczął się śmiać, wieszając pojemniki z powrotem na miejscu. I co z tego? I tak było lepiej niż na Vulcanie.







    Nawet Sten czuł się odrobinę niedobrze, gdy medyk pracował szybko przy krwawiących ranach. Ciało zostało podziurawione przez szrapnel i trzeba było zatamować krwotok.

    - Sposób postępowania nie zmienił się od tysięcy lat powiedział instruktor medyczny. - Po pierwsze, należy rannemu przywrócić oddech. Po drugie, zatamować krwawienie. Po trzecie, przeciwdziałać wstrząsowi.

    Skończył, okrył człekokształtny manekin kocem termoizolującym i wstał. Rozejrzał się po sali.

    - A potem wrzeszczcie o lekarza tak głośno, jak potraficie. Zakładając, że jakiś gorliwiec nie uznał nas za najbardziej istotny cel, w jaki może uderzyć, i ktoś w ogóle pozostał przy życiu.

    - A co potem? - spytał gruby rekrut Pech.

    - Jeśli nie ma możliwości uzyskania profesjonalnej pomocy, użyjcie pakietu ze swojego plecaka. Jeśli krwotok ustanie i wnętrzności są mniej lub więcej w porządku, środki antyseptyczne w zestawie pozwolą waszemu kumplowi uniknąć zetknięcia z pełzającymi stworzonkami.

    Zaśmiał się.

    - Oczywiście, jeśli wylądujecie w świecie, o którego pluskwach nie wiemy nic, najlepsze, co możecie zrobić, to starać się zostawić po sobie dobrze wyglądające ciało. - Spojrzał na pyzate policzki Pecha. - Co będzie dosyć trudne w tw9im przypadku, Pech.

    Sten i inni zachichotali. Lekarz był pierwszym instruktorem, który traktował ich chociaż odrobinę jak myślące istoty.

    Medyk otworzył dużą szafkę i skinął na Stena, który pomógł mu wyjąć inny manekin. Ten był ubrany w kombinezon bojowy.

    - W kombinezonie sprawy mają się nieco inaczej - powiedział instruktor. - Pakiet medyczny zainstalowano na stałe w środku i działa on automatycznie. Czasami nawet mu się to zdarza.

    Następne prychnięcie śmiechu.

    - Ale jeśli w kombinezonie zrobi się dziura, to jedyną rzeczą, jaką możecie zrobić, jest załatanie jej i dostarczenie rannego do punktu medycznego. Dowiecie się o tym więcej podczas ćwiczeń z kombinezonem. A teraz potrzebuję frajera, miałem na myśli ochotnika.

    Rozejrzał się po słuchaczach i jego oczy zatrzymały się na Pechu.

    - Chodź no tu, rekrucie.

    Pech wystąpił z szeregów i stanął na baczność obok lekarza.

    - Spokojnie, spokojnie. Denerwujesz mnie. W porządku. Ten facet tutaj to twój najlepszy kumpel. Razem przechodziliście szkolenie. Razem polowaliście na - udawał, że dokładniej przygląda się Pechowi - załóżmy, ameboidy. A w tej chwili właśnie odstrzelono mu ramię. Co masz zamiar zrobić?

    Lekarz odsunął się na bok. Pech pochylił się niepewnie.

    - Dalej, żołnierzu. Twój najlepszy przyjaciel wykrwawia się na śmierć. Ruszaj się!

    Pech bojaźliwie zrobił krok do przodu, a wtedy instruktor nacisnął ukryty w dłoni przełącznik i ramię manekina eksplodowało. "Krew" opryskała wszystko dookoła - i Pecha, i stanowisko.

    Chłopak zamarł.

    - No ruszaj się, człowieku. Szybko.

    Pech poszukał swojego pakietu medycznego i przysunął się bliżej. Następna porcja pulsującej "krwi" oblała mu twarz. Otworzył pakiet i wyjął rolkę bandaża.

    - Trzydzieści cztery, trzydzieści pięć, trzydzieści sześć, trzydzieści siedem... zostaw to, żołnierzu.

    Pech zdawał się nie słyszeć tych słów i walczył, aby utrzymać bandaże na miejscu. W końcu "krwotok" ustał.

    - Twój przyjaciel właśnie zmarł - powiedział lekarz ostro. - Wstań.

    Pech podniósł się, patrząc tępo. Instruktor rozejrzał się po rekrutach, aby upewnić się, że dobrze go rozumieją. Potem znowu odwrócił się do Pecha.

    - Farba używana do tej krwi nie daje się zmyć przez dwa dni. To powinno pomóc ci zrozumieć, jak byś się czuł, gdyby ta lalka naprawdę była twoim najlepszym kumplem.

    Pech nigdy nie doszedł do siebie po tym incydencie. Kilka tygodni później, po serii porażek, zniknął. Zmyło go.







    Sten zamrugał, powoli skupiając wzrok. On i pięciu innych rekrutów patrzyli na siebie głupio. Halstead podniósł czarny wizjer swojego hełmu.

    - Jak długo byliście wyłączeni? - spytał.

    Sten wzruszył ramionami.

    - Sekundę albo dwie, panie kapralu?

    Halstead pokazał na zegarek. Minęły dwie godziny. Odpiął od pasa następny niepozorny granat dezorientujący.

    - Natychmiastowa utrata poczucia czasu. Nie masz pojęcia, co ci się przytrafiło i nie wiesz, że dzieje się coś złego. To jest jeden z najbardziej efektywnych rodzajów broni, jakich będziecie używać.

    Kompania kieruje się na ćwiczenia sprawnościowe. Zameldować się u kapral Carruthers.

    Sten zasalutował i rekruci wybiegli.







    Sten nie mógł pozbyć się obrazu tego człowieka. W całym zdarzeniu nie było nic niezwykłego, ale z niewiadomych przyczyn postać oficera plątała mu się po głowie, przypominając się w różnych dziwnych momentach.

    Tego dnia pełnił obowiązki dyżurnego kompanii i drzemał na biurku. Nie słyszał odgłosu otwierania ani zamykania drzwi.

    - Tylko wy jesteście tutaj, gwardzisto?

    Sten, przebudzony, podskoczył i stanął na równych nogach.

    Mężczyzna stojący przed nim był wysoki i szczupły. Sten zamrugał i zorientował się, że wgapia się w jego mundur. Niemal niedostrzegalnie materiał zmienił kolor na taki, że wtapiał się we wzór tapety na ścianie. Mężczyzna nosił też miękką czapkę z tego samego dziwnego tworzywa - później Sten dowiedział się, że nazywają ją beretem. Była zsunięta zawadiacko na jedno oko.

    Do beretu przypięto uskrzydlony sztylet. Jedyną inną odznakę na mundurze stanowiły kapitańskie gwiazdki na jednym ramieniu i czarna sylwetka jakiegoś owada na drugim. Nie wiadomo dlaczego Sten zaczął się jąkać.

    - Ta - ak, sir.., oni są... o - oni wszyscy są na ćwiczeniach.

    Oficer wręczył Stenowi zapieczętowaną kopertę.

    - To dla sierżanta Lanzotty. To osobiste, a więc proszę dopilnować, aby trafiło bezpośrednio do niego.

    - Tak jest, sir.

    I tamten poszedł.

    Tydzień później Sten miał okazję zapytać Carruthers, kim był ten człowiek. Kapral aż gwizdnęła, kiedy Sten opisał mundur.

    - To Sekcja Modliszki!

    Sten popatrzył na nią bezmyślnie.

    - To znaczy, że nie słyszałeś o tym?

    Sten pokręcił głową, czując się jak król idiotów.

    - Oni są najbardziej paskudną grupą żołnierzy w całej Armii Imperialnej - powiedziała Carruthers. - Prawdziwa elita. Pracują samotnie. Humanoidzi czy nieziemcy. Imperium zabiera z Gwardii najlepszych, którzy znikają potem w Korpusie Merkurego, w wywiadzie.

    Sten przypomniał sobie Mahoneya i skinął głową.

    - No cóż. Modliszki noszą te swoje wspaniale kamuflujące mundury, kiedy możesz je zobaczyć. Ale w większości przypadków nie widzisz ich, i lepiej miej nadzieję, że tak zostanie.

    - Dlaczego?

    - Jeśli spotykasz kogoś takiego w polu, to wiesz, że masz du - uże kłopoty. Każde z nich zapewne pozbyło się jakichś dwóch albo i trzech tysięcy nieprzyjaciół.

    Carruthers wyjątkowo pozwoliła sobie na uśmiech. Bardzo lubiła takie wojenne opowieści.

    - Pamiętam, jeden raz na Altairze V. Byliśmy tam z pułkiem w misji pokojowej i nie wiadomo jak zostaliśmy okrążeni.

    Wzięła oddech.

    - Wrzeszczeliśmy o pomoc na każdej długości fal, do której mogliśmy się dobrać, i usiłowaliśmy utrzymać się na pozycji. Wiedzieliśmy, że już niedługo będziemy musieli poumierać sobie trochę.

    Carruthers roześmiała się. Sten zorientował się, że właśnie powiedziała coś w rodzaju żartu i też się uśmiechnął.

    - A więc, pewnej nocy na posterunku pojawiła się ta kobieta. Jedna z Sekcji Modliszki. Przeszła przez nieprzyjacielskie linie, nasze straże i pozycje i po prostu w pewnym momencie zauważyliśmy, że siedzi sobie obok nas i je obiad. Kiedy skończyła, pożyczyła sobie kilka tub z AM2 i granatów dezorientujących i znowu znikła. Nie mam pojęcia, jak to zrobiła, ani co zrobiła, ale około dwunastu tamtejszych godzin później pokazało się sześć krążowników Imperium i uratowało nasze tyłki.

    Carruthers popatrzyła na Stena spode łba, co spowodowało, że poczuł się o wiele lepiej. Uśmiechnięta Carruthers to było coś, do czego chyba nie chciał przywyknąć.

    - Ale oni zwykle działają w inny sposób - mówiła dalej. Jeśli kiedyś jeszcze zobaczysz któreś z nich, żołnierzu, to leżysz i kwiczysz. Bo nadejdzie coś wielkiego i paskudnego, to pewne jak to, że masz ogon tam, gdzie powinna być głowa. Pamiętaj o tym, słyszysz?

    Sten słyszał ją naprawdę doskonale.







   - Wszyscy zapoznacie się z kombinezonem bojowym - powiedział Lanzotta. - Niektórzy mają nawet szansę w nim umrzeć. I odkryjecie, jak ja kiedyś, że ten kombinezon może zabić was szybciej niż wróg.

    W tym momencie Sten i inni zapadli w stan drzemki. Wszystkim zdawało się, że rozgryźli już Lanzottę. Każdy z tych małych wykładów wyglądał tak samo. Najpierw wstęp. Potem ulubiona część Lanzotty - lekcja historii. Po której następowała porcja potrzebnych im informacji. W takiej chwili wszyscy budzili się na nowo.

    - Jestem wyjątkowo przywiązany do tego tematu - kontynuował Lanzotta. - Tak naprawdę to przeprowadziłem osobiste badania tego kombinezonu. Ponieważ to jest ta część wyposażenia, przy której technicy osiągnęli absolutny szczyt absurdu.

    Pyk. Trzask. Każdy z rekrutów zapadł natychmiast głębiej w nieświadomość. Lanzotta skinął na Halsteada, który podszedł do terminala i nacisnął kilka klawiszy. Coś głośno zazgrzytało i zapiszczało i wszyscy rekruci obudzili się, gdy na salę wykładową wysunął się wieszak z kombinezonami bojowymi.

    Sten przyglądał się im i wcale nie musiał udawać zainteresowania. Większość z nich rozpoznał z filmów wojennych. Wyglądały jak olbrzymie, uzbrojone przedmioty ukształtowane z grubsza na podobieństwo ludzi. Niektóre mogły poruszać się na gąsienicach.

    Pierwszą rzeczą, jaką zauważył, było to, że powiększały się ich rozmiary. Na początku wieszaka wyglądały na małe i niepozorne. Dalej stawały się coraz większe i większe, i pokaźniejsze, bardziej skomplikowane, aż do mniej więcej dwóch trzecich drogi wzdłuż szeregu. Od tego miejsca znowu malały, ale wyglądały dużo groźniej.

    Lanzotta przechadzał się wzdłuż szeregu kombinezonów, zatrzymując się przy największym.

    - Tutaj mamy przykład, o czym mogę osobiście zaświadczyć, jak technokraci naprawdę przeszli samych siebie. Widucie, to było takie logiczne. Dla każdego, z wyjątkiem gwardzisty. Produkowali kule, a potem robili kamizelki kuloodporne.

    Lanzotta popatrzył po swojej zasłuchanej grupie, jak gdyby oczekując na pytania. Nikt nie był tak durny.

    - Nie mam zamiaru wyjaśniać teraz, czym tak naprawdę były owe kule - ciągnął Lanzotta - powiem tylko, że mogły one zrobić dziurę taką, jak karabin Willy'ego. Pod pewnymi względami nawet gorszą.

    Sposób, w jaki Lanzotta mówiąc to uśmiechnął się, upewnił Stena, że to naprawdę było gorsze.

    - Im bardziej rozwijała się broń przeciw piechocie - kontynuował Lanzotta - tym więcej technicy ładowali w kombinezon. Dopóki w końcu nie stał się on odporny właściwie na wszystko. Lasery, bomby, granaty, wymień co chcesz. Byliśmy nienaruszalni.

    Sten zaczynał rozumieć, co było nie w porządku z tym kombinezonem.

    Jakieś pięćdziesiąt lat temu miałem wielką przyjemność testowania tego w akcji. Ja sam i około dwóch tysięcy towarzyszy broni.

    Lanzotta zaśmiał się. Wśród rekrutów natychmiast wzrosło napięcie. Czy też powinni się śmiać? W oczywisty sposób myślał, że powiedział coś zabawnego. Ale Carruthers i Halstead zachowywali kamienne twarze. Im nie wydawało się to śmieszne. Lanzotta zakończył sprawę nie zauważając niczego i ciągnął dalej.

    - Mieliśmy rozkaz zdławienia buntu na zapomnianej przez bogów planecie o nazwie Moros. Wyposażono nas we wszystko, co było znane współczesnej nauce wojskowej. Łącznie z najnowszym kombinezonem bojowym.

    Sten przyjrzał się temu bliżej. To był największy egzemplarz umieszczony na wieszaku. Zawierał tuby, druty, małe ekrany wideo, wypustki i wyloty wszędzie dookoła. Wyglądał tak, jakby ważył pół tony i wymagał całej drużyny techników do obsługi.

    - Kocham ten kombinezon - powiedział Lanzotta. - Może zrobić wszystko. Jest zasilany AM2 i wyposażony w pseudo, mięśnie. Każdy, kto tkwi w środku, zastępuje trzydziestu ludzi. Mały oddział żołnierzy ubrany w to przejdzie przez każdy rodzaj ognia nieprzyjaciela. Jest odporny właściwie na wszystko i można w nim żyć przez całe miesiące bez żadnego wsparcia z zewnątrz.

    Lanzotta pokręcił głową z podziwu.

    - Rzecz jasna nikt nie pomyślał o tym, aby powiadomić o wszystkim tubylców na Moros. Nie powiedziano im, jakimi jesteśmy dzielnymi i zażartymi wojownikami. Nie znali nawet słowa technika, a więc, co mogli zrobić?

    Westchnął.

    - Wylądowaliśmy, a oni uciekli w dżunglę. Posuwaliśmy się do przodu pod ich ogniem, głównie dzid i proc, i paliliśmy ich wioski. Aż pewnego dnia znudziła ich ta ucieczka.

    Lanzotta zaśmiał się znowu. Ale tym razem Sten i inni za bardzo zasłuchali się w historię, aby to spostrzec.

    - Zauważyli następującą rzecz: no tak, byliśmy wielkimi, mocarnymi żołnierzami o sile rażenia małego czołgu. Ale nie mieliśmy zdolności manewrowania. I byliśmy odcięci od naszego środowiska. A więc opracowali mały, prosty trick. Kopali małe dołki, maskowali je i uciekali przed naszym natarciem w ich stronę. Oczywiście większość naszych wpadała do środka. A tam znajdowały się sieci, podnoszące nas w górę.

    Lanzotta nie uśmiechał się już.

    - I podczas gdy usiłowaliśmy wygramolić się z sieci, podbiegali do dołka i wsadzali wielką, długą włócznię w wylot nieczystości z kombinezonu. Ostrze wchodziło w ciało żołnierza. Oczywiście, razem z ostrzem do organizmu dostawały się ekskrementy. Rany jątrzyły się tak silnie, że pakiety medyczne nie dawały sobie rady, i wielu z nas zgniło na śmierć.

    Lanzotta pokręcił głową.

    - Straciliśmy dwie trzecie z gwardzistów, którzy przystąpili do szturmu. I więcej w następnym lądowaniu. W końcu jedynym rozwiązaniem było wysadzić planetę, usiąść na tyłku i popatrzeć, jak Moros płonie.

    Lanzotta poklepał kombinezon.

    - Niszczenie planet nie jest dobrze widziane w kręgach dyplomatycznych operator był bardzo nieszczęśliwy.

    Lazotta uśmiechnął się krzywo, zmierzając do pointy swego wykładu.

    - Nogi technicy - powiedział - zaczęli zmieniać ten kombinezon.







    Sten żałował, że nie może znaleźć jakiegoś schronienia. Z wyrazu twarzy Lanzotty wnioskował, że powinno ono być bardzo głębokie i skonstruowane z czegoś mocnego co najmniej tak, jak tytan.

    - To jest grzech i ohyda w oczach Boga - pienił się Smathers. - Moim obowiązkiem było zdać panu sprawozdanie z ich zachowania.

    Lanzotta popatrzył na niego, a potem na dwóch mężczyzn stojących obok na baczność. Stena zignorował - na chwilę.

    - Colrath, Rranrak, czy on mówi prawdę?

    - TAK JEST, PANIE SIERŻANCIE.

    Lanzotta westchnął i zwrócił się do Smathersa.

    - Smathers, mam dla ciebie dużą niespodziankę. Gwardia nie interesuje się tym, co jednostki robią poza służbą, tak długo, jak długo są w stanic stanąć w szeregu następnego ranka.

    - Ale...

    - Ale ty pochodzisz ze świata założonego przez Braciszków z Plymouth. W porządku. Twoi współwyznawcy wyprodukowali paru doskonałych gwardzistów. Lecz każdy z nich przekonał się wcześniej czy później, że ich idee nie odpowiadają nikomu oprócz nich samych. I od kiedy to zacząłeś nachodzić swojego sierżanta?

    Smathers patrzył w podłogę.

    - Przepraszam, panie sierżancie.

    - Twoje przeprosiny zostają przyjęte. Powiedz mi jeszcze jedno: czy byłeś kiedykolwiek w łóżku z mężczyzną?

    Smathers wyglądał na przerażonego.

    - Oczywiście, że nie.

    - Więc jeśli nic o tym nie wiesz, to czy nie wydaje ci się, że coś tracisz? - powiedział Lanzotta.

    Smathersowi oczy wylazły z orbit.

    - Tak czy siak - stwierdził rześko Lanzotta - marnujesz czas zajmując się czymś, co zupełnie nie jest twoją sprawą. I ponieważ wydajesz się bardzo zajęty węszeniem w kloakach, to myślę, że potrzebujemy ochotnika do oczyszczenia tej w koszarach. Przyjmuję twoje zgłoszenie.

    - Nie ma pan zamiaru...

    - Nie mam - zgodził się Lanzotta. - A teraz ruszaj się.

    Smathers ruszył w kierunku latryny. Lanzotta odwrócił się do Colratha i Rranraka.

    - Chociaż Gwardia nie jest zainteresowana tym, co robicie lub czego nie robicie w wolnym czasie, to mimo wszystko musimy respektować przekonania kolegów. Jestem głęboko zaniepokojony tym, że was dwóch nie zadało sobie trudu poszukania jakiegoś odpowiedniego miejsca i zamiast tego zakłócało sen i zadowolenie innych rekrutów. Idźcie pomóc mu w czyszczeniu szamba.

    Dwóch mężczyzn o zawstydzonych twarzach powoli wyszło na zewnątrz. Lanzotta zwrócił wreszcie uwagę na Stena.

    - Rekrucie kapralu Sten!

    - Tak jest, panie sierżancie.

    - Dlaczego sam nie zająłeś się tą sprawą?

    - Próbowałem, panie sierżancie. Smathers nalegał na spotkanie z panem.

    - To jego prawo. Zwłaszcza, jeśli ma do czynienia z kapralem rekrutem, który nie umie dać sobie rady ze zwykłą koszarową pyskówką.

    - Tak jest, panie sierżancie.

    - Po pierwsze, usuniesz te belki z pagonów.

    - Tak jest, panie sierżancie.

    - Po drugie, dołączysz do tamtych trzech.

    - Tak jest, panie sierżancie.

    - Odmaszerować.

    Sten podążył za innymi. Następnym razem, pomyślał, oszczędzi wszystkim kłopotu i po prostu przetnie Smathersa na pół.

następny